wtorek, 14 czerwca 2011

Rhodos

No i pierwsze w tym roku wakacje za nami. Szkoda tylko, że mi wirus nie chciał odpuścić i po kilku kąpielach w morzu egejskim było ze mną jeszcze gorzej. Jednak to nie przeszkodziło mi, aby pięknie spalić się słońcem ostatniego dnia na wycieczce, bo spaceru dziesięciokilometrowego mi się zachciało. I rzecz jasna zapomniałam o kremie z filtrem. Zdarza się.

Moje pierwsze wrażenia z tej pięknej greckiej wyspy to przeciekający dach na lotnisku i wiadra podstawione, aby nie kapało na podłogę. No bo ktoś z akurat przybywających mógłby się pośliznąć. Mogliby naprawić ten dach, chociaż niewątpliwie brakuje Grekom czasu, bo średnio co 5 minut przylatuje kolejny samolot z turystami na Rhodos. Wylot ze Stockholmu nawet się opóźnił z tego powodu, że kolejka się zrobiła i musieliśmy czekać na swoją kolej. Ponadto jest przecież kryzys w Grecji, to skąd niby mają wziąść środki na załatanie dachu.

Jednak kolejka samolotów i przeciekający dach nie mogły popsuć naszych humorów, bo przecież przybyliśmy w piękną pogodę i wakacje się właśnie zaczęły.

Hotel okazał się dokładnie taki jak na obrazku przedstawionym w katalogu. Jeśli chodzi o wygląd, rzecz jasna. Nie mogłoby być zbyt prosto na wakacjach "all inclusive". Zawsze musi być przecież jakiś haczyk. Haczykami okazały sie dodatkowe koszty, które należało ponieść jeśli chciało się mieć to "all inclusive". Był to brak klimatyzacji w pokoju w cenie, dostępu do internetu, miejsca na plaży... itp.

Jednak Rhodos, grecka wyspa, jest naprawdę piękna. Klimat jest fajny, bo gorąco, ale nieźle wieje od morza, przynajmniej po zachodniej stronie w Ixia. Tak więc można się jednocześnie nagrzać i ochłodzić. Chociaż gdy się zapomni o kremie z filtrem to może być to złudne i można się całkiem nieźle spalić słońcem.

Trochę starego miasta...




Drzewo z okiem...


Na wyspie jest sporo meczetów, pozostałość po Muzułmanach, którzy byli jednymi z pierwszych mieszkańców wyspy.


Rycerz




A na poniższym zdjęciu widać co wolno, a czego nie wolno w autobusach na Rhodos ... pozostawiam własnej interpretacji :) 






Papugi są "wabikami" na turystów w knajpach na starym mieście.


W hotelu mieliśmy paskudne jedzenie, więc żywiliśmy się w mieście. Poniżej sałatka grecka z serem feta i czarnymi oliwkami. (W hotelu sałatka grecka to pomidor z ogórkiem... katastrofa... )


A tutaj grillowany ser Halloumi  z dodatkiem innego sera. Dobre to było.


Tutaj tosty z czosnkiem, serem i pomidorem.


Na starym mieście rycerzy zabraknąć nie może... nawet przed małymi sklepikami...

Okna na świat...



Trzy charakterystyczne stare młyny w porcie Rhodos... bardzo utkwił mi ten widok w głowie...


A tutaj już plaża naszego hotelu... wszystko wygląda pieknie i elegancko...



Pokój mieliśmy zaraz przy plaży i basenie, bardzo blisko morza ... tak więc nie musieliśmy kupować klimatyzacji... to jeden z haczyków na turystów "all inclusive"... a mianowicie brak A/C w cenie wycieczki...

Można było skakać z okna prosto do basenu... :)


Wino, które podawali do kolacji nie smakowało szczególnie fajnie, więc zamówiliśmy greckie wino z butelki...


Grecki zachód słońca...


A tutaj już jednodniowy wypad na Lindos, które jest położone na wschodnim wybrzeżu wyspy słynącym z piaszczystych, pięknych plaż. Dojazd autobusem z miasta z Rhodos to około godziny podróży. Pojechaliśmy, aby sprawdzić piasek na Lindos, czy jest rzeczywiście taki, jak opowiadają miejscowi... Na zachodnim wybrzeżu Rhodos plaże są kamieniste, niezły masaż stóp :)


Widok na Akropolis...


Lindos słynie ze szczególnego rodzaju taksówek, które przewożą turystów w dół Lindos na plażę lub do góry do Akropolis. Biedne osiołki.


Kot grecki z Lindos...



 Widok na plażę w Lindos...


Port w Lindos... Można wziąść statek z Lindos do Rhodos...

Tutaj sie plażowaliśmy około 2 godzin, dłużej się nie dało... za gorąco... Na zachodnim wybrzeżu fajnie wieje wiaterek, w Lindos powietrze stało...




Bardzo smaczne gyros na Lindos...


Ryba zapikana w sosie pomidorym...



I powrót na Rhodos...


Kocham wszystkie papugi świata... :)



z jedną się nawet zaprzyjaźniłam...


...bardzo mu się spodobała moja torba... na której sobie przysiadł...







 I powrót na chwilę do hotelu...

Przy drodze...

Spacer brzegiem morza... 





Aż do Rhodos, to jakieś 10 km od hotelu...











 Główna ulica na starym mieście...

Inne drzewo z okiem...


 Klejny meczet, bardzo stary...



Mnie chyba też papugi kochają, bo Steven bardzo chciał się zaprzyjaźnić...


A tutaj Koko, który przechodził akurat depresje... chciał, aby go drapać za uchem ciągle...




Tutaj już Steven z kolegą... kolega też chciał się zaprzyjaźnić...


To jest piwo "medium size" beer na Rhodos... czyli litr...






 Zdrzemnijmy się, turyści i tak przyjdą...



3 komentarze:

niezbytperfekcyjna pani domu pisze...

Fajnie zobaczyć znajome miejsca:) ja byłam w zeszłym roku w Faliraki, ale udało mi się zobaczyć całą wyspę. Aż mi się oczy zaświeciły na widok tego wpisu;) a to jedzonko...

dawny_basik pisze...

Po Twoim wpisie na "szatańskim pomiocie" powspominałam swoje wakacje na Rodos, zrobiłam mussakę i na moim blogu wkleiłam kilka zdjeć z miasta Rodos. Dobrze, że nie wkleiłam takich samych jak Twoje, a mam niemal identyczne w swoich zbiorach ;)) Za to papug zupełnie nie pamiętam. Jedzenie greckie bardzo nam smakowało.

Travelling Milady pisze...

Uwielbiam takie kamienne budowle. Wyspy są piękne i dopóki nie pojechałam na Maltę żyłam w przekonaniu, że poza palmami nic tam nie ma. Jakże się myliłam:)
U mnie tymczasem Kijów, zapraszam:
http://lifegoodmorning.blogspot.com/
A ja zostaję u Ciebie w świecie moich ukochanych podróży i rozkoszy podniebienia:)